28 stycznia 2013

XIV


Tego samego wieczora wyruszyłam w dalszą drogę. Marcus oczywiście mi towarzyszył. Początkowo rozmowa się nie kleiła, ponieważ blondyn jeszcze mi nie wybaczył lima pod okiem, które i tak zniknęło po kwadransie.
- Gdzie idziemy?- Zapytał, chyba po raz setny w ciągu niecałej godziny. Zignorowałam pytanie.
- Gin?- Nie da mi spokoju, pomyślałam zirytowana.
- Mówię ci po raz ostatni, przed siebie.
- Chcesz powiedzieć, że idziesz bez żadnego celu?- W jego głosie dało się usłyszeć zdziwienie.
- A kto ci powiedział, że idę bez celu?
- A nie idziesz?- Hmm… a nie idę? Już sama tego nie wiedziałam. Całkowicie się pogubiłam. Cel? Jedynym moim obecnym celem jest ucieczka. Tchórzliwa ucieczka przed własnymi lękami. Pogubiłam się. Nie wiedziałam, co robić. A co dopiero gdzie iść. Byle dalej od miasteczka, Romano, Rafaela. Jeszcze musiałam się pozbyć Marcusa. Lubiłam go, ale wiedziałam też, że wszystko, co powiem lub zrobię, zostanie przekazane Rafaelowi, któremu z kolei nie ufałam. Jedno mi nie dawało spokoju. Dlaczego on wysłał Marcusa, skoro puścił mnie wolno? Czy aby na pewno po to, żebym nie zrobiła niczego głupiego? Dlaczego myślałam, że jest coś jeszcze? Wiedziałam, że to jest za mało, aby wysyłać kogoś do pilnowania mnie. Przecież nie zrobiłabym nic głupiego, ponieważ nie chciałam, żeby Romano mnie znalazł. Czy jest możliwe, że Marcus został wysłany po to, żeby było mnie później łatwiej znaleźć? Czy jest taka możliwość? Pewnie tak. A to podstępna żmija.
- Kto jest podstępną żmiją?- Usłyszałam, i zdałam sobie sprawę, że powiedziałam to na głos.
- Co? Nikt- powiedziałam nieco zbyt szybko, i mój towarzysz zmrużył oczy. Ogólnie i tak by się zorientował, ponieważ nie potrafiłam kłamać, chociaż czasem mi się udawało, ale nie często. Po chwili napięcia chłopak wzruszył ramionami, ponieważ nie interesowało go to już, i rozpoczęliśmy błahą rozmowę. W ten sposób doszliśmy do następnego miasta, a że noc już dobiegała końca, wybrałam motel w starszej dzielnicy, która nigdy nie była pusta. Nawet teraz, w tak zwanych „ślepych” uliczkach kręcili się narkomani, złodzieje oraz dzieci ulicy, które zapewne uciekły ze swojego domu, aby pokazać, że są dorośli. Brak koncepcji i pieniędzy sprawił, że trafiają tutaj, bojąc się wrócić do swoich domów.
W pokoju pierwsze, co zrobiłam, to rzuciłam się na łóżko.
- Nie wiem jak ty, Marcusie, ale ja zamierzam teraz przespać z tydzień.
- Ale wynajęłaś pokój tylko na jeden dzień- powiedział sadowiąc, się na fotelu. Westchnęłam teatralnie.
- No i w tym problem. Jutro trzeba iść dalej w drogę- mruknęłam zniechęcona- będziesz siedział na tym fotelu przez cały dzień?
Podniósł brwi, ale po chwili odpowiedział.
-Nie, będę musiał jeszcze gdzieś wyjść.
-No dobra, ale pamiętaj, żeby mnie nie budzić. A ty nie śpisz?- Zapytałam, przypominając, że nigdy nie widziałam go zmęczonego, lub śpiącego.
- Oczywiście, że odpoczywam, ale nie muszę robić tego tak często, jak ty- uśmiechnął się, po czym wstał- Dobra, na mnie już czas. Będę wieczorem- zapewnił, po czym wyszedł. Przez długi czas leżałam, i słuchałam odgłosów dobiegających zza moich ścian, po czym zdegustowana, wstałam, i wzięłam prysznic.
Przebrana, wyszłam z budynku, i szybkim krokiem zmierzałam w stronę centrum miasta. Stamtąd wzięłam taryfę, i pojechałam do kolejnego miasta. Podczas podróży ciągle spoglądałam na drogę za samochodem, bojąc się, że Marcus wie o tym, że uciekłam. Chociaż nie powinien. Moim zdaniem zrobiłam wszystko prawidłowo i nie było powodu do zmartwień. Czułam się również trochę winna, że uciekłam, i ukradłam komuś ciuchy, ale nie mogłam na to już nic poradzić. Postanowiłam nie wracać i nie złamię postanowienia. Z odrobiną szczęścia, Marcus zorientuje się dopiero wieczorem, co da mi trochę czasu na ucieczkę.
Jak się zorientowałam, od czasu, gdy wyleciałam z rodzinnego miasteczka ciągle kierowałam się na wschód, ale dziś zmieniłam kierunek na południe, do niewielkiej wsi nad morzem, słynącej ogólnie z rybołówstwa, w której znajduje się niewielki port.
Niestety, miałam jeszcze kawał drogi do przebycia, więc pierw musiałam się tym zająć, oraz uważać, aby nie pozostawić swojego śladu.
Biorąc pod uwagę to, w jaki sposób się do tej pory przemieszczałam, Marcus mógł mnie szybko znaleźć. Przerzuciłam się na samochody, pociągi oraz autobusy. Co prawda, były szybsze, ale również bardziej męczące. Byłam wtedy bliżej innych ludzi, niż bym tego chciała. Czasem to bolało. Wtedy właśnie robiłam sobie przerwy na polowanie, ale nie wchodziłam za daleko do lasu. Nie wynajmowałam też żadnych pokoi w hotelach lub motelach. To zostawiało ślad po mnie, a nie chciałam być odnaleziona. Po kilku dniach i nocach byłam już w wiosce. Skierowałam się do niewielkiego portu, który stał pełny maleńkich łódek z przyborami do połowu ryb.
Było już dobrze po północy, więc nawet się nie fatygowałam do wynajmu łódki.  Moim celem była niewielka wysepka, która uchodzi za „nawiedzoną”.  Chociaż naukowcy potwierdzili, iż wyspa ta jest całkiem normalna i niezamieszkana przez żadnego człowieka, a co dopiero ducha, to ludzie z okolicznych wsi i miasteczek nadal gorąco wierzyli, że wyspa jest nawiedzona.
 Z tego, co wiem, kiedyś na tej wyspie było miasteczko, które było jednym z najbogatszych na całym Południu. Wyspa zaopatrzona była w żyzną glebę, która umożliwiała rolnikom uprawianie swoich cennych plonów, pełna owoców i zwierząt, oraz gęstych lasów, w których nie było drapieżników, zakłócających spokój mieszkańców, do czasu. Pewnego razu, jakby z nikąd pojawiła się dwójka braci. Byli tajemnicą dla ludzi, nierozmawiający z nikim, mroczni, obserwujący każdy ich ruch.  Zaniepokojeni tubylcy stali się podejrzliwi, gdy coraz więcej ich przyjaciół zaczęło znikać bez śladu. Za wszystko obwinili braci, wówczas nazywanych krwawymi, z racji, że nosili się tylko w kolorze szkarłatu, niczym krew. Gdy dotarli do rezydencji osób „winnych zniknięć”, wściekły tłum podpalił dom wraz ze służbą. Krzyki rozdzierały spokojną noc. Zaintrygowani bracia wrócili z leśnego spaceru natykając się na krzyczących ludzi, niegdyś cywilizowanych, teraz obserwujących z uśmiechem dom, z płonącą niczym pochodnie służbą biegającą po podwórzu lub wyskakującą z okien, próbującą ugasić ogień trawiący ich ciała, nie próbując im pomóc.
Jeden z braci poczuł tą samą chęć mordu i nie zważając na prośby drugiego, pozabijał każdą osobę, która przyczyniła się do podpalenia ich domu, niszcząc ich domy w ten sam sposób, podczas gdy jego własny brat próbował uratować biednych ludzi i ich dobytek, o co pokłócił się z nim, i od tamtej pory wzajemnie się nienawidzili. Ocalała niewielka grupa ludzi, która zamieszkała w pobliskich wioskach rozsiewając plotki, które stały się teraz nic nieznaczącymi legendami, bynajmniej dla młodzieży, która aby pokazać, że niczego się nie boją, płyną tam. Nawet teraz, gdy od zdarzenia minęły setki lat, w dalszym ciągu nikt nie ośmielił się tam zamieszkać.
Dla mnie to było wspaniałe. Chciałam spokoju na trochę, aby inni przestali mnie tak gorączkowo szukać. Później zamierzałam iść jeszcze dalej, gdzieś do innego kraju, albo coś w tym stylu. Musiałam również pamiętać o moich przyjaciołach. W przyszłym tygodniu zadzwonię do nich, pomyślałam, po czym rozejrzałam się ostrożnie. Nikogo w pobliżu nie było. Wysunęłam skrzydła, które od razu wtopiły się w noc, zasłaniając mnie przez wzrokiem osób, które mogli mnie zobaczyć. Szybko wzbiłam się w powietrze i leciałam nad lekko wzburzonym morzem, a wiatr przesycony solą chłostał mnie w ciało, próbując zepchnąć w dół, do głodnej wody, która poruszała się coraz szybciej i gwałtowniej, wabiąc zwierzęta i ludzi do siebie, aby zamknąć się nad nimi odbierając powietrze z płuc i ciągnąc na dno, do spiczastych kamieni. Nie zwracając na to większej uwagi leciałam z zaufaniem prosto, dostrzegając małą, ciemną plamkę, która z każdą chwilą się powiększała. Wiatr starał się mnie odepchnąć, zmienić mój kurs, więc zmuszona byłam zwiększyć swoją siłę, wiedząc, że na długo mi to nie starczy. Będę musiała przestać, ale nie mam gdzie stanąć. A do wody wejść nie mogłam, ponieważ długo bym się nie utrzymała na powierzchni. Leciałam z coraz większą determinacją, próbując przelecieć o wiele większy kawałek, niż zazwyczaj. Ale doleciałam, lecz nie miałam na nic więcej siły, nawet na łagodne lądowanie. Niemalże spadłam z nieba pełnego burzowych chmur, z błyskawicami świecącymi gdzie-niegdzie rozświetlając je. Wylądowałam na nogach, a kości zaskrzypiały w proteście, później padając po środku dzikiego lasu, wyglądającego prawie jak dżungla. Nie mogłam się ruszyć. Chwilę później zaczął padać deszcz i dało się usłyszeć pierwszy grzmot.
Krzyknęłam z bólu, chowając się pod drżącymi skrzydłami przed deszczem, a chwilę potem wstałam powoli, aby poszukać suchego schronienia, gdzie przeczekam burzę. Doszłam do jakiejś niewielkiej jaskini, gdzie ociekając wodą, położyłam się na brzuchu, i wyczerpana, zasnęłam.
*

Obudziły mnie odgłosy dzikich zwierząt. Dziwne, drące się odgłosy, czasem takie, jakby ktoś był obdzierany ze skóry, na które się krzywiłam, ale przysłuchując się dalej mogłam usłyszeć też piękny śpiew ptaków, który od razu mówił, że w normalnym lesie nie spotkałbyś takiego ptaka. Odgłosy, mimo niezwykłej intensywności, były intrygujące, nie wiem nawet, jak dużo czasu spędziłam na słuchaniu, ale gdy w końcu powróciłam myślami z powrotem do jaskini, to spojrzałam krytycznie na siebie. Byłam cała w błocie, mokra, a włosy spadały w strąkach, bardziej przypominając dredy, niż normalne włosy.
Z niewyraźną miną skierowałam się do wyjścia, z chęcią obejrzenia wyspy. Była piękna noc, księżyc świecił wysoko, wraz z licznymi gwiazdami. W oddali słychać było szum morza, a zwierzęta, słysząc nieznaną im osobę zaczęły się chować w pośpiechu lub zamierały. Szybko wybrałam największe z nich, i zorientowałam się, że był to dziki wół. To znaczy, że faktycznie tutaj kiedyś ktoś mieszkał, pomyślałam.
Po drodze natknęłam się na stare deski, dróg już niemalże nie było, pozostały tylko kamienie, które były prawie niewidoczne. Szłam jedną z tych dróg, która doprowadziła mnie do… Ruin.
Miasto, które kiedyś było jednym z najbardziej nowoczesnych i najbogatszych na Południu, było istną ruiną. Nic nie wyglądało, albo nie przypominało nawet, że w miejscu, gdzie teraz stoją wciąż sczerniałe kamienie, stał kiedyś dom, zapewne piękny i luksusowy jak na tamten wiek.
 Szłam przez martwe miasto coraz bardziej wierząc w legendę opowiadaną nieposłusznym dzieciom na dobranoc, ze smutkiem myśląc o tym, ile osób musiało wtedy stracić swoje życie. Dotarłam do niewielkiej dróżki i z chęcią opuściłam miasteczko, idąc chodnikiem całym porośniętym zielonym mchem. Oglądałam dzikie kwiaty, barwne, niemalże egzotyczne. Miały różne kolory, niebieskie, żółte, czerwone, pomarańczowe, czasem zdarzały się i zielone, z żółtym środkiem, płatki były postrzępione i dziwne. Niektóre pozamykały swoje kielichy na noc. Dróżka doprowadziła mnie na łąkę, na widok której zamarłam. Najlepiej zachowane ruiny. Widać było trochę fundamentów, pewnie dużego domu. Domu krwawych braci. Tak, to z pewnością nie była legenda, skoro tutaj stoi. Zostały tylko ściany parteru, biorąc pod uwagę to, że kamienie budynku znajdowały się wszędzie, pewnie pięter było więcej. Ale to, co zobaczyłam wśród bujnej trawy, przeraziło mnie najbardziej. Była tam kość. I to nie jedna.



Ten rozdział jest trochę szybko, ale myślę, że nie będziecie mieli nic przeciwko temu. ;)
Jak zawsze zachęcam do komentowania oraz, jeżeli ktoś chce oczywiście, do obserwowania.
Pozdrawiam wszystkich czytelników. :D

7 komentarzy:

  1. Kurdę! Tak się rozpisałam i wyłączył mi się komputer -,-
    No ale trudno :)
    Rozdział świetny ;p
    Ty naprawdę masz talent :*
    Cieszę się, że tu trafiłam ;)
    Co do Gin to coś mi się wydaje, że coś bd ją łączyło z Marcusem ;D Nie wiem czemu tak myślę ;p
    Z niecierpliwością czekam na nn rozdział ;*
    życzę ci weny i pozdrawiam ;*

    Kaja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :D
      Nawet ja nie wiem, czy Gin będzie z Marcusem. Opowiadanie się stale zmienia... :D
      Ach, przyda się, z pewnością, dzięki jeszcze raz, i również pozdrawiam. ;)

      Usuń
  2. Foch. Forever. Z przytupem. Tym rozdziałem zmusiłaś mnie do złamania wstrzemięźliwości od obserwowania! Marcus (kocham go *.*) legenda, tajemnicza wysepka i kości. JAK TY CHCESZ MNIE UTRZYMAĆ PRZY ŻYCIU?! JA OD NADMIARU ZACHWYTU GINĘ! To twój najlepszy post jak na razie. Morderczyniu! I jeszcze się z tobą zgodzę! Ja się nie zgadzam z nikim! Prawie nigdy! Bo spadanie z klifu nie jest nudne a Lonley Mountain genialne. :C Jestem wrakiem potwora...
    Kraki - Wrak potwora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :D
      Wiem, od momentu, gdy wstawiłaś link do kawałka, to nie potrafię się nim nacieszyć, wraz z paroma innymi. ;D
      Nie wiem! Samej mi się ledwo udaje! :)

      Usuń
  3. Cześć! :)
    Zostałaś nominowana przeze mnie do Liebster Blog.
    Wpadnij do mnie po info http://toxixy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiem czemu, ale mam takie dziwne wrażenie, że ci dwaj bracia to Romano i Rafael. Tak jakoś mi się z nimi skojarzyło. A rozdział jak zwykle genialny;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Rozdział naprawdę świetny ;) Już zaczyna brakować mi słów by wyrazić swój zachwyt ;d

    OdpowiedzUsuń